Wywiad z Marzeną Szczygielską

Z Marzeną Szczygielską o małżeństwie, które nie może mieć dzieci, rozmawiają Agnieszka i Jakub Kołodziejowie.
Marzena Szczygielska – psycholog, systemowy terapeuta rodzinny. Prowadzi prywatną praktykę z zakresu poradnictwa, wsparcia i terapii dla rodzin adopcyjnych i zastępczych oraz osób będących w procesie leczenia niepłodności, także szkolenia i kursy dla osób przygotowujących się do przyjęcia dziecka jako rodzina adopcyjna bądź zastępcza oraz istniejących rodzin zastępczych. Pracowała w ośrodkach adopcyjnych w Krakowie i Lublinie oraz w Zespole ds. Pieczy Zastępczej i Asysty Rodzinnej MOPR w Lublinie.
Agnieszka i Jakub Kołodziejowie: Co przeżywają małżonkowie, którzy nie mogą mieć dzieci? Jak fakt ten wpływa na ich wzajemne relacje, odnoszenie się do siebie, oczekiwania, postawę wobec otoczenia?

Marzena Szczygielska: To bardzo trudny i złożony problem. Nieco inny w przypadku każdej osoby, której dotyczy. Wokół tego tematu pojawia się wiele mitów i błędnych przekonań, ale jedno jest pewne – niemożność doczekania się upragnionego dziecka wiąże się z ogromną presją i stresem, z którymi niełatwo sobie poradzić. To, jak przez ten proces przejdziemy, jest bardzo indywidualne. Zależy od: naszej osobowości, doświadczenia, poglądów na życie, relacji z partnerem itp., czyli od tego, jak w ogóle radzimy sobie z życiowymi trudnościami. Z drugiej strony charakteryzują go pewne typowe etapy, ramy, których znajomość może bardzo pomóc zarówno osobie bezpośrednio dotkniętej niezamierzoną bezdzietnością, jak i jej bliskim, często niewiedzącym, co zrobić i jak zachować się w zaistniałej sytuacji.

Niemożność doczekania się upragnionego dziecka wiąże się z ogromną presją i stresem.
AJK: Co dzieje się, kiedy para odkrywa, że może mieć problem z doczekaniem się potomstwa?

MS: Na początku zazwyczaj pojawia się zaskoczenie i niedowierzanie. Przecież plan był precyzyjny: studia, ślub, praca, mieszkanie, dziecko… Niczego nie zostawialiśmy przypadkowi, odpowiedzialnie układając swoje życie. Fakt, że może być inaczej, że to nie my podejmiemy decyzję, czy i kiedy pojawi się dziecko, jest dla małżonków szokiem. Trzeba czasu, żeby się z niego otrząsnąć i jakoś się do niego ustosunkować. Kiedy wszystko wskazuje, że nie jest to chwilowa niedyspozycja, idziemy do lekarza, robimy podstawowe badania, modyfikujemy lekko plany. „To tylko kwestia czasu” – pocieszamy się sami lub słyszymy od innych. Medycyna oferuje przecież tyle możliwości. Jednocześnie pojawia się, często jeszcze nieuświadamiany, niepokój. Ostatnio dużo mówi się o niepłodności jako chorobie XXI wieku. Nie sposób o tym nie myśleć. W Polsce podobno co piąta para ma problem z doczekaniem się potomstwa. Zaczynamy dostrzegać rodziny, w których dzieci pojawiły się późno, albo jest tylko jedno dziecko, albo nie ma dzieci. Pojawia się pytanie: „A może nas też to dotyczy?”. Coraz bardziej irytują delikatne sugestie lub całkiem bezpośrednie pytania otoczenia, jak np.: „Kiedy wreszcie doczekamy się wnuków?”. Napięcie rośnie. Niepokój staje się w końcu wszechobecny i trudny do zniesienia, tym bardziej że nic się nie zmienia. Zawodzą kolejne cudowne terapie, jesteśmy coraz bardziej wyczerpani fizycznie i psychicznie, powoli weryfikujemy życiowe plany i marzenia. A fakt, że otoczenie w swoim współczuciu i bezradności przyjęło postawę taktownego milczenia, zwiększa tylko poczucie izolacji i osamotnienia. Można powiedzieć, że osoby bezskutecznie starające się o dziecko, znajdują się w sytuacji emocjonalnego klinczu. Z jednej strony olbrzymi stres, napięcie, oczekiwania własne i otoczenia; z drugiej rady specjalistów, lekarzy i psychologów o konieczności odprężenia się, odpuszczenia, zajęcia się sobą i małżeńską relacją, odzyskania wiary i optymizmu jako warunków powodzenia starań. Myśli zaczynają krążyć wokół jednego tematu. Wszystkie plany, działania, decyzje zostają podporządkowane staraniom o dziecko. Staraniom, w których para często jest lub czuje się zupełnie sama.

Wiele osób starających się o dziecko mówi o poczuciu zamknięcia w zaklętym kręgu – dobre rady brzmią dla nich jak tragiczna ironia i są zupełnie niemożliwe do zrealizowania.
AJK: Czy w takiej sytuacji bliscy i przyjaciele mogą dać wsparcie?

MS: Czasem bliscy domyślają się, że coś jest nie tak, ale albo nie chcą wchodzić w tak intymne sfery życia, albo zupełnie nie wiedzą, jak pomóc. Zazwyczaj nie zdają sobie również sprawy z wagi problemu. Zresztą trudno się dziwić, często zwyczajnie brakuje im informacji. Niepowodzenia prokreacyjne to nie sprawy, o których rozmawia się z innymi jak o budowie domu czy kłopotach w pracy. Szczególnie jeśli ci inni to spełnieni rodzice i małżonkowie. Wiele par, których dotyczy problem bezdzietności, postrzeganych jest przez otoczenie jako ludzie sukcesu. Z boku widać przede wszystkim stabilną sytuację bytową i zawodową, całkiem dobrą relację małżeńską, mnóstwo wolnego czasu, którego – będąc „obłożonym kredytami i dziećmi” – można pozazdrościć. I z tej krótkowzrocznej zazdrości często biorą się kierowane pod adresem bezdzietnych par komentarze o wygodnictwie lub przestrogi o tykającym biologicznym zegarze. Otoczenie zazwyczaj nie ma pojęcia o toczonej rozpaczliwej walce o dziecko. Nie wie, że egzotyczne podróże to część medycznej terapii, a kosztowne pasje służą jedynie odwróceniu uwagi od kolejnych prokreacyjnych niepowodzeń. Dla wielu osób bezskutecznie starających się latami o dziecko zaangażowanie w te inne aktywności często okazuje się zbawienne. Ale nie dla każdego i nie w każdym okresie. Składa się na to kilka przyczyn. Jedną z nich jest fakt związany z tym, że w odczuciu małżonków brak dziecka kwestionuje wartość ich związku, blokuje możliwość przejścia na kolejny etap życia. Małżonkowie mają za sobą narzeczeństwo, ślub, mocno przedłużony miesiąc miodowy, nacieszyli się sobą nawzajem, dotarli, ustalając zasady i reguły wspólnego życia. Czują się w pełni gotowi na przyjęcie dziecka. Był to między innymi jeden z celów zawarcia przez nich małżeństwa, mniej lub bardziej świadomy. W potocznym, tradycyjnym rozumieniu to dziecko czyni z pary rodzinę. Trudno więc dziwić się, że bezdzietni małżonkowie czują się sfrustrowani i zawiedzeni. Ponadto brak dziecka przeżywany jest jako strata. I jak w każdym procesie straty, żałoby i towarzyszącego im smutku zawęża się pole naszej świadomości. I nic już nie jest ważne. Koncentrujemy się tylko na tym, co stanowi problem. W normalnych warunkach mechanizm ten ma pomóc zmobilizować wszystkie siły do walki z przeszkodą. Kiedy jednak się to nie udaje, a jednocześnie problem nie przestaje być bardzo ważny, może stać się ciężarem, obsesją, od której nie jesteśmy w stanie oderwać myśli.

Doświadczenie pokazuje, że powszechne i w pewnym sensie typowe jest to, iż koncentracja na braku dziecka całkowicie przesłania inne wartości życia małżeńskiego – nieważne stają się wspólne osiągnięcia, indywidualne sukcesy, plany, które udało się zrealizować.
AJK: Czyli wszystko koncentruje się wokół dziecka?

MS: Czasem wokół dziecka, częściej – niestety – wokół samej ciąży. Przy przeciągającej się, bezskutecznej walce o potomstwo może stać się tak, że dziecko, z wartości samej w sobie, staje się środkiem do celu, sposobem na udowodnienie czegoś komuś lub sobie. W tej walce o dziecko zaczynamy się zatracać. Myślimy, że jedyne, co nas uszczęśliwi, co potwierdzi naszą wartość jako kobiety, jako mężczyzny, jako człowieka, to poczęcie dziecka. Za wszelką cenę i bez względu na wszystko. Dziecko staje się panaceum na wszelkie problemy. Nic zatem dziwnego, że żadna, nawet najmniej racjonalna terapia nie zniechęca, kolejna próba in vitro nie wydaje się ponad siły. Czasami walka kończy się sukcesem, czasem pogłębia tylko frustrację i niemoc. Zawsze jednak ma swoją ogromną cenę emocjonalną.

AJK: Jak wytłumaczyć fakt, że odczucia par bezskutecznie starających się o dziecko przypominają te, które przeżywają osieroceni rodzice? Przecież dziecka nie ma i nigdy nie było?

MS: I tak często odbiera to otoczenie: nie było dziecka, nie ma więc straty. A tak naprawdę dla kogoś, kto na dziecko bardzo czeka, nie ma znaczenia, czy ono było realne. Żeby poczuć początek więzi, nie musimy wziąć dziecka na ręce. Czasem wystarczy widok kreski na ciążowym teście, nie mówiąc o sytuacji wczesnych poronień czy strat okołoporodowych. Sytuacje te są coraz powszechniej znane i opisywane. Nie wszyscy jednak wiedzą, że już samo oczekiwanie na dziecko, tym bardziej gdy trwa latami i wymaga ogromnego zaangażowania i podporządkowania wielu życiowych planów, sprawia, że dziecko staje się w naszym przeżywaniu bardzo realne. Bardzo rzeczywiste są oczekiwania i pragnienia z nim związane. Świadomie lub nie liczymy na wiele. Po pierwsze czekamy na wyjątkową osobę w naszym życiu, dla której mamy nadzieję również stać się wyjątkowi. Wyobrażamy sobie, jakie nasze dziecko będzie, planujemy jego i swoją przyszłość. Czasem nawet, szczególnie na początku, urządzamy pokoik, oglądamy ubranka i zabawki. Dziecka jeszcze nie ma, ale już jesteśmy gotowi je pokochać, dać mu siebie, swój czas, wszystko to, co najlepsze w nas i w naszej małżeńskiej relacji. Na długo przed tym, nim pojawi się na świecie. Tak zaprogramowała nas natura po to, by po urodzeniu dziecka zapewnić mu jak najlepsze warunki i opiekę. Kiedy się nie zjawia, zostaje w naszej emocjonalnej rzeczywistości – czasem także fizycznej – pusta przestrzeń. I bardzo realne rozczarowanie oraz tęsknota.

AJK: Tak jak w sytuacji, kiedy tracimy dobrze znaną i ważną osobę.

MS: Właśnie. Nasze nastawienia mają wielką moc. Zwłaszcza, że gotowość zbudowania bliskiej, wyjątkowej relacji z dzieckiem to tylko jeden z motywów starań o potomstwo, czasem wcale nie najważniejszy. Poprzez pojawienie się dziecka chcemy też uzyskać wiele innych celów: potwierdzić swoją dojrzałość, zrealizować rozwijany od dzieciństwa społeczny wzorzec ról, odpowiedzieć na oczekiwania otoczenia, a z małżeństwa – związku dwojga osób – stać się pełną rodziną. Te wszystkie cele oraz wiele, wiele innych, nie zawsze świadomie wyrażanych, uniemożliwia i przekreśla bezdzietność.

Osoby doświadczające problemu bezdzietności mówią o stratach dotyczących bardzo wielu sfer życia, nie tylko braku dziecka jako takiego.
AJK: Jak problem bezdzietności oddziałuje na parę?

MS: Lata starań o dziecko to: zagrożenia dla zdrowia, utrata poczucia wpływu na własne życie, pewności siebie, postrzegania własnej atrakcyjności, sensu i celu w życiu, a także życiowego sukcesu czy prestiżu społecznego. Sferą najbardziej zagrożoną przez bezdzietność jest poczucie własnej wartości rozumiane bardzo szeroko jako własny obraz siebie oraz tego, jak – naszym zdaniem – widzą nas inni i ile jesteśmy dla nich warci. Analizujemy siebie, swoje postępowanie, życie, relacje z innymi. Ta samoocena – dokonywana zazwyczaj pod wpływem silnego przygnębienia i w samotności – nie wypada korzystnie. Stąd już blisko do szukania winy i identyfikowania kary. Uważamy, że wszystko ma swoją przyczynę, a więc i tu istnieje jakiś winny. Ileż osób mierzy się z myślami: „Może nie zasługuję na to, żeby być matką”, „Może zrobiłem coś złego i Bóg ukarał mnie niepłodnością”. Pojawiają się również, zwykle poza świadomą wolą, oskarżenia: siebie, partnera, Boga. Otwiera się kwestia ogromnie wyniszczającego, zarówno nas, jak i relacje z innymi, poczucia winy i krzywdy. Przyglądamy się krytycznie sobie, swojej małżeńskiej relacji, bliskim, którzy może kochają nas za mało albo za bardzo. Kwestionujemy sens swojego związku, wiary, a nawet całego życia. Do uczuć, których doświadczają osoby niemogące doczekać się dziecka, może dołączyć jeszcze wstyd. Jego źródła są różnorodne. Od kulturowych przekazów dotyczących „prawdziwej” kobiecości i męskości po medyczne procedury leczenia niepłodności. Jak upokarzające i odczłowieczające mogą być te ostatnie, jakiego spustoszenia dokonują w najbardziej intymnych sferach życia pary i każdego z małżonków z osobna, wiedzą jedynie osoby, które zaliczyły proces diagnozowania przyczyn i medyczną terapię niepłodności. Wiele osób mówi też o przeżywaniu swojej bezdzietności jako piętna, przekleństwa. Logika i racjonalne argumenty nie mają tu nic do rzeczy. Zgodnie z podstawowym kanonem naszych wartości dzieci to błogosławieństwo, najpiękniejszy owoc miłości. Skoro więc ich nie ma… I znów myśli, z jakimi mierzy się osoba bezdzietna: „A może to moja wina”, „Może nie zasługuję na to, żeby mieć dziecko”. Ten dialog, który toczy się samemu ze sobą, jest bardzo raniący. I niezwykle trudno uwolnić się od takiego myślenia o sobie, nawet gdy już w końcu pojawi się dziecko naturalnie lub poprzez adopcję. Przy jakimkolwiek niepowodzeniu wychowawczym może odezwać się w głowie znajomy głos: „Bóg wiedział, co robi, nie dając mi dziecka, nie nadaję się na matkę!”. Na skutek tych bardzo obciążających przeżyć osoby dotknięte brakiem dziecka coraz bardziej zamykają się w sobie, odsuwają od innych. Bardzo trudno jest mówić o tym, co się czuje, kiedy to przede wszystkim: smutek i wściekłość, wina, wstyd, upokorzenie, poczucie totalnej porażki. Zresztą szansa, że ktoś naprawdę to zrozumie, jest mała, a najczęściej trzeba stawić czoło wścibskim w naszym odczuciu komentarzom i pytaniom. Co najwyżej możemy usłyszeć protekcjonalne pocieszanie w stylu: „Wszystko będzie dobrze, kiedyś na pewno doczekacie się dziecka”, albo propozycję adopcji, na którą zupełnie nie jesteśmy gotowi. Wycofujemy się więc z kontaktów. Unikamy sytuacji i miejsc, które konfrontowałyby nas z bolesnym tematem. Boimy się kolejnych świąt, urodzin z nieuchronnymi życzeniami: „I żebyście w końcu doczekali się dziecka”. Nie cieszą śluby, cudze chrzciny. Stopniowo wykrusza się grono przyjaciół i znajomych. Z wielu kręgów czujemy się wykluczeni, nie mając wspólnych, związanych z dziećmi, tematów. Z wielu wykluczamy się sami, chcąc oszczędzić sobie bólu i cierpienia. W efekcie znajdujemy się w bardzo trudnej emocjonalnie sytuacji, a jednocześnie odcinamy sobie wszelkie źródła wsparcia i siły. I znów mamy patową sytuację. Z jednej strony osamotnienie i izolacja, z drugiej wielka potrzeba, czasem konieczność, otrzymania pomocy z zewnątrz.

AJK: Czy każda para, osoby borykające się z bezdzietnością wymagają profesjonalnego wsparcia?

MS: Nie, choć nikomu takie wsparcie nie zaszkodzi. Proces przeżywania straty, chociaż bolesny i trudny, jest jednocześnie zupełnie naturalny, można powiedzieć adekwatny do sytuacji. I, tak jak w przypadku przeżywania innych strat, których doświadczamy w życiu, i tutaj jest duże prawdopodobieństwo, że po jakimś czasie sami sobie poradzimy. Może nawet być tak, że wyjdziemy z tej sytuacji wzmocnieni i dojrzalsi. Czasami jednak, czy to z powodu nałożenia się wielu trudnych okoliczności, czy z uwagi na szczególną wrażliwość osoby, ból staje się nie do zniesienia. Zagrożone są wówczas: zdrowie, psychiczna integralność osób przeżywających swoją bezdzietność, czasem trwałość ich związku. Bardzo zmniejsza się również szansa na zmianę. Depresja nie sprzyja rodzicielstwu. Wiele napisano o wpływie poczucia winy, niskiej wartości, lęku na sferę prokreacyjną. Tworzy się wspomniane wcześniej błędne koło, z którego samodzielnie nie uda się wydostać.

Pełne przeżycie straty, z wszelkimi emocjonalnymi konsekwencjami, jest naturalną drogą do ostatecznego uwolnienia.
AJK: Czy da się temu zapobiec, ominąć ten proces? Profilaktycznie się uodpornić?

MS: Nie, a nawet więcej – poddanie się temu procesowi, jest leczące. Ważną psychologiczną funkcję pełni zarówno pojawiające się na początku niedowierzanie i zaprzeczanie – może dla lekarza coś jest oczywiste, ale ja potrzebuję czasu, żeby oswoić się z tym – jak i wszystkie mniej lub bardziej racjonalne działania prowadzące w naszym odczuciu do dziecka. Czasem potrzebujemy pewności, że spróbowaliśmy wszystkiego, że nie przegapiliśmy żadnej szansy. Ważne też, żeby dać sobie prawo do wyrażenia emocji. Nie zawsze trzeba być dzielnym i miłym. To my decydujemy, jak przez ten proces przechodzimy, w jakim tempie i na jakie rozwiązania jesteśmy gotowi. Ale proces można nieco złagodzić. Pomocna może okazać się już sama wiedza o tym, co się dzieje, dająca orientację we własnych odczuciach. Odkrycie, że nie zwariowałam, ale przechodzę przez coś, co w obecnej sytuacji jest naturalne i w pewnym sensie typowe, działa zazwyczaj uwalniająco, zmniejsza lęk i napięcie. Podobny wpływ ma odreagowanie, danie upustu tłumionym emocjom. Ujawnienie smutku, złości, wypowiedzenie, czasem wykrzyczenie, pytań, nazwanie lęków. Może nie zmieni to naszej sytuacji, ale sprawi, że poczujemy się lepiej. A wtedy łatwiej będzie spokojnie rozważyć wszelkie możliwości. Bardzo ważny jest czas. Nie da się niczego przyspieszyć na siłę. Jeśli ktoś bardzo czekał na swoje dziecko, nie jest w stanie z dnia na dzień przestawić się na inną perspektywę. Niezwykle ważne jest także wsparcie drugiej osoby. Może to być współmałżonek, przyjaciółka, ktoś o podobnym doświadczeniu albo specjalista, terapeuta, duchowy przewodnik. Ważne, żeby był to ktoś, przy kim czujemy się bezpiecznie i komu ufamy. Jak bardzo jest to potrzebne, widać chociażby na internetowych forach i portalach. Zauważyli to prowadzący kliniki leczenia niepłodności, włączając do swojej oferty możliwość kontaktu z psychologiem. Powstają duszpasterstwa bezdzietnych małżeństw, coraz więcej osób szuka pomocy w gabinetach terapeutycznych. Nawiązanie wspierającej relacji daje siłę i ulgę. Jest to niezbędne do poukładania sobie życia na nowo, uporządkowania zawikłanych przez lata leczenia uczuć związanych z planowanym dzieckiem, sprecyzowania motywacji i oczekiwań, dostrzeżenia czy odzyskania poczucia wartości relacji z partnerem, z Bogiem. Czasem dopiero wtedy jesteśmy tak naprawdę w stanie rozważać inne niż biologiczna możliwości spełnienia się w rodzicielstwie, czyli zwrócić się w stronę rodzicielstwa adopcyjnego lub zastępczego.

Nawiązanie wspierającej relacji pomaga rozpocząć proces przełamywania tabu i milczenia, czyli odbudowania kontaktu z otoczeniem, a to daje ogromną ulgę i siłę.
AJK: W różnych opiniach słyszy się nieraz, że brak dzieci zwiększa ryzyko rozstania małżonków. Czy rzeczywiście tak jest?

MS: Wiele zdaje się zależeć od tego, jak rozumiemy fakt bezdzietności w swoim małżeństwie. Czy jako winę i krzywdę po jego lub mojej stronie, czy raczej jako w pewnym sensie cechę związku, naszą wspólną drogę bez znaczenia do kogo akurat przypisaną. Nie ma wtedy przestrzeni na obwinianie się lub czucie winnym. Niektórzy twierdzą, że łatwiej jest, kiedy nie ma jednoznacznie określonej przyczyny niepłodności, stąd czasem opór przed poddaniem się diagnozie. Ale zmniejsza się wówczas również szansa na wyleczenie i poznanie prawdy. Bywa różnie. Każdy odbiera to w indywidualny sposób. Jednak wiele par mówi, że czas ten bardzo zbliżył ich do siebie. I nie ma znaczenia, czy starania zakończyły się sukcesem. Często jedyną osobą, która orientuje się w tym, co przeżywamy, towarzyszy nam od początku, jest w to osobiście zaangażowana, jest współmałżonek. Oboje walczą o to samo, dzielą nadzieje i rozczarowania, towarzyszą sobie w kolejnych medycznych procedurach, badaniach. W izolacji, w której się znaleźli, często stanowią dla siebie jedyne oparcie. Nie oznacza to, że jest łatwo. Prawdopodobnie, mało który związek nie zachwieje się w toku długotrwałych mozolnych starań o dziecko. Cierpi szczególnie sfera fizycznej bliskości, intymności, gdyż to w nią przede wszystkim wkracza leczenie. Pary często mówią, że trudno im uporać się z poczuciem mniejszej atrakcyjności, wartości, że mają poczucie winy w stosunku do partnera, że pojawiają się myśli: „A gdyby to był ktoś inny?”. Czasem zdarzają się gorsze okresy. Współmałżonkowie oddalają się od siebie, skupieni na staraniach o dziecko tracą z oczu wzajemną relację. Czasem jedno z nich zamyka się w sobie, poszukuje pomocy lub rozważa zaprzestanie leczenia wcześniej niż partner albo skłania się ku adopcji, podczas gdy druga strona nie jest jeszcze na to gotowa. Ale jest to zupełnie naturalne. Małżonkowie to dwoje różnych ludzi, nie muszą wszystkiego przeżywać jednakowo. Jednomyślność nie jest wyznacznikiem dojrzałości związku, ale raczej szczerość i akceptacja. Wiele par wychodzi z tej walki z mocniejszą więzią, niezależnie od tego, czy ostatecznie pojawi się dziecko. Niektóre potrzebują wspomóc się terapią, znaleźć grupę wsparcia, wspólnotę. Ale ich więź przetrwa i prawdopodobnie w przyszłości już nic nie będzie w stanie jej zagrozić. Często w toku wspólnych przeżyć powoli wyłania się nowy plan na dalsze życie, jak na przykład adopcja, lub zupełnie inny niż wychowanie dzieci cel życia we dwoje.

Godzenie się z niezamierzoną bezdzietnością stanowi proces, w którym pierwsza reakcja, czy nawet kolejna, to tylko etap i nie oznacza jeszcze postawy na stałe – świadomość tego uratowała niejeden związek.
AJK: Są i takie pary, które się rozstają.

MS: Niektóre związki nie wytrzymują tej próby. Ale być może nie wytrzymałyby też innych. Prowadzono wiele badań, jednak jak dotąd nie ma żadnych przekonujących dowodów, że to brak dziecka stanowi istotny czynnik zagrażający integralności związku. Problem pojawia się wówczas, kiedy ludzie gubią się we własnym bólu, wzajemnym obwinianiu lub mają poczucie, że dla każdej ze stron satysfakcjonujące jest inne rozwiązanie. I nie udaje się znaleźć obszaru styczności. Wtedy związek się rozpada albo podejmuje walkę o przetrwanie za wszelką cenę, wcale nie w imię miłości, lecz na przykład ze strachu, z poczucia winy, z wygody. Któraś strona poświęca się, zgadza na rozwiązanie sprzeczne z własnym systemem wartości, przekonaniami, emocjonalną gotowością. To bardzo trudna i złożona kwestia, w której często potrzebna jest profesjonalna pomoc. Łatwo zagubić się, a konsekwencje ponoszą nie tylko partnerzy, ale również dziecko, które może pojawić się w rodzinie, czy to w wyniku leczenia, czy adopcji dla ratowania małżeństwa.

AJK: Co sprawia, że jedni małżonkowie decydują się na adopcję, a inni nie?

MS: Zależy to od bardzo wielu rzeczy. Trudno jest generalizować. Jednym z czynników jest na przykład kontekst społeczny, inne to: wzorce i postawy otoczenia, jego otwartość, tolerancja, to, czy w pobliżu są jakieś adopcyjne rodziny i jak je postrzegamy itp. Decyzja o adopcji może również stanowić kuszącą możliwość ucieczki od mozolnego diagnozowania i leczenia niepłodności. Wiele zależy też od tego, na jakim etapie radzenia sobie z własną biologiczną bezdzietnością znajduje się para. Ktoś może rozważać adopcję w przyszłości, ale długo nie być na nią gotowy. Wiele osób pytanych, kiedy zdecydowały się na adopcję, mówi, że momentem zwrotnym było uświadomienie sobie, że chcą być po prostu rodzicami. Nie mieć dziecko, być w ciąży, zaliczyć poród, karmienie piersią, trójwymiarowe USG itp. Co nie znaczy, że to wszystko nie ma znaczenia, nie jest ważne, że tego nie brakuje i że się za tym nie tęskni. Ważne jest, ale coś staje się ważniejsze. Tym czymś jest szansa na bliską, głęboką i trwałą więź, którą, jak wierzą, może dać im także relacja z dzieckiem, które biologicznie nie jest ich. I są świadomi oraz akceptują fakt, że będzie to inne rodzicielstwo, nie takie samo jak biologiczne. Inne, ale to nie znaczy gorsze ani lepsze.

AJK: Co bierze się pod uwagę w procesie przygotowywania pary do adopcji?

MS: Bardzo wiele kwestii służących głównie dobru dziecka. Taki jest nadrzędny cel i powinność osób zatrudnionych w tego typu instytucjach, tj. znaleźć dziecku jak najlepszą rodzinę z punktu widzenia jego potrzeb i możliwości. W praktyce sprowadza się to do przyglądania się kandydatom pod kątem tych potrzeb, tzn. analizowane są różnorakie zasoby pary oraz brak jakichkolwiek przeciwwskazań, czynników ryzyka. Ocenia się: zdrowie fizyczne i psychiczne kandydatów, stabilność ich sytuacji bytowej i zawodowej, jakość małżeńskiej relacji, dostosowanie społeczne, wychowawcze wzorce i predyspozycje, oparcie w rodzinie, a także kierującą nimi motywację i realność oczekiwań. Bardzo niewiele placówek stara się w tym kwalifikacyjnym procesie uwzględniać potrzeby potencjalnych rodziców, tzn. nie tylko sprawdzać ich, ale też pomóc przygotować się im na przyjęcie dziecka w sensie uporządkowania przeżyć związanych z własną biologiczną bezdzietnością. Przede wszystkim chodzi tu o domknięcie naturalnego procesu żałoby po własnym dziecku oraz zgłębienie rzeczywistej motywacji kandydatów. A są to sprawy kluczowe dla powodzenia adopcji. Często zupełnie nierozpoznane przez przyszłych adopcyjnych rodziców. Bardzo niewielu z nich korzystało wcześniej z jakiejkolwiek formy profesjonalnego wsparcia w niezwykle obciążającym procesie leczenia niepłodności czy emocjonalnego radzenia sobie z nią. A nawet jeśli, to nie przyznają się do tego, gdyż są przekonani, że nie wzbudzi zaufania kandydat, który potrzebuje lub potrzebował pomocy w osiągnięciu psychicznej równowagi. W rezultacie obie strony, zamiast ze sobą współpracować, nieufnie przyglądają się sobie. Jedna stara się zachować czujność i wyłapać wszystkie „czynniki ryzyka”, a druga zaprezentować się jak najlepiej lub zgodnie z tym, co – jak sądzi – jest najlepiej widziane. Najczęściej nie ma tu miejsca na w pełni szczerą rozmowę, tj. taką, która dotyka lęków i wątpliwości. Dzieci jest mało, a kolejka oczekujących ogromna. Pracownicy ośrodka mają z czego wybierać, a potencjalny rodzic w swoich staraniach o dziecko, tym razem adopcyjne, znów musi pogodzić się z niepewnością i zależnością od innych. Mało kto, łącznie z pracownikami ośrodków, do końca zdaje sobie sprawę, jak jest to trudne po latach leczenia, czyli skrajnej niepewności i zależności. Czasem tak bardzo, że ludzie wycofują się ze starań o adopcję albo nie podejmują jej wcale. Są i takie placówki, w których zagadnieniom tym poświęca się odpowiednią uwagę. I, co ważne, odbywa się to w klimacie dużej życzliwości i delikatności. Wiele par, rozumiejąc, czemu proces ten służy, chętnie się temu poddaje. A w konsekwencji zyskuje świadomość i wewnętrzny spokój, niezależnie od tego, czym procedura adopcyjna się zakończy. W każdym wypadku zyskuje także dziecko.

Często dopiero przystąpienie do procedury adopcyjnej otwiera możliwość przyjrzenia się konsekwencjom emocjonalnym długotrwałego leczenia bezdzietności i realnej motywacji starań o dziecko.
AJK: Czy nie powinno być tak, że idąc do ośrodka adopcyjnego, jest się pewnym swojej adopcyjnej decyzji?

MS: Może i powinno, ale tak nie jest. Czasami jest tak, że dopiero w ośrodku adopcyjnym, zdobywając konkretne informacje, weryfikujemy wiele mylnych sądów i wyobrażeń panujących na temat adopcji. W efekcie pozbywamy się pewnych lęków i wątpliwości. Z niektórych dopiero wtedy zaczynamy zdawać sobie sprawę. Lęk jest zawsze, ale im bardziej oswojony, tym mniej zagrażający. Lepiej skonfrontować się z nim przed przyjęciem dziecka. Każdy rodzic, który świadomie przygotowuje się na przyjęcie dziecka, niejako skazany jest na takie lęki i wątpliwości. Rodzicom biologicznym również ich nie oszczędzono. Martwimy się o zdrowie dziecka, jego rozwój, o to, czy i jak sobie poradzimy. Nawet miłość rodzicielska nie jest automatyczna. Fakt urodzenia dziecka nie gwarantuje jej, czego najlepszym dowodem są dzieci oczekujące na adopcję. Adopcja nie jest od nich wolna, a jeśli wziąć pod uwagę, ile towarzyszy jej niewiadomych, zrozumiałe jest, że i niepokój staje się większy.

Niektórzy specjaliści w braku zadowolenia z relacji partnerskiej, zepchniętym głęboko do podświadomości, doszukują się przyczyn niepłodności idiopatycznej, czyli z nieokreślonych medycznie przyczyn.
AJK: Czego najbardziej obawiają się rodzice, którzy adoptują dziecko?

MS: Powszechne jest przekonanie, że największy lęk wiąże się z obciążeniami dziecka, związanymi z jego pochodzeniem. Chodzi tu o mityczne znaczenie genów, ale także wpływ wcześniejszych, przedadopcyjnych doświadczeń dziecka. Z tym lękiem wielu przyszłych rodziców przystępuje do starań o adopcję. Często jednak w trakcie procesu przygotowawczego okazuje się, że coś innego budzi strach dużo większy. Jest to kwestia, czy uda nam się zbudować z dzieckiem adoptowanym prawdziwą, czyli głęboką i trwałą, więź. Jest to tak naprawdę pytanie o to, czy adoptowane dziecko pokocha nas i czy my, rodzice adopcyjni, nie naturalni, będziemy w stanie pokochać dziecko. Trudno jest przyznać się do takich wątpliwości. Jednak nie da się tych obaw tak po prostu zignorować. Mogą nie być wyrażone wprost, ale pojawiają się w różnej formie i zazwyczaj w najmniej oczekiwanym momencie. Jedyny sposób, żeby uporać się z nimi, to podjąć konfrontację samemu albo przy pomocy kogoś doświadczonego, na przykład: dobrze przygotowanego pracownika ośrodka, innego adopcyjnego rodzica albo rodzica, który – tak jak my – przygotowuje się do adopcji; kogoś, dzięki komu przekonamy się, że obawy te są typowe i stanowią naturalny etap w przygotowaniach do podjęcia ostatecznej świadomej decyzji.

AJK: Dziękujemy za rozmowę.
WYWIAD UKAZAŁ SIĘ W „ZBLIŻENIACH” nr 14.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *