3559

Rozmowa z Januszem Koczberskim

Z Januszem Koczberskim o męskości, między innymi: w czym się wyraża, o znaczeniu relacji z ojcem, o męskiej wrażliwości, szacunku do siebie, odnajdywaniu się w roli mężczyzny, rozmawiają Agnieszka i Jakub Kołodziejowie.

Janusz Koczberski – psycholog, certyfikowany specjalista terapii uzależnień. Współzałożyciel placówek MONAR-u na Lubelszczyźnie. Był współzałożycielem i dyrektorem do spraw lecznictwa w NZOZ Ośrodku Rehabilitacyjnym dla Uzależnionych od Substancji Psychoaktywnych w Młodzieżowym Ośrodku Terapii i Readaptacji „Powrót z U” w Cholewiance k. Kazimierza Dolnego. Prowadzi szkolenia i superwizje dla nauczycieli, psychologów, pedagogów szkolnych oraz pracowników socjalnych, a także spotkania edukacyjne z zakresu uzależnień dla rodziców młodzieży szkolnej. Specjalizuje się w terapii szeroko rozumianych uzależnień zarówno chemicznych, jak i popędowych.

Agnieszka i Jakub Kołodziejowie: Jak prawidłowo przebiega rozwój męskości u dorastającego chłopaka i co jest ważne w tym procesie?

Janusz Koczberski: Temat jest trudny i bardzo skomplikowany, nie obejdzie się więc bez pewnych uproszczeń. Żeby mówić o kształtowaniu się męskości, trzeba wyjaśnić, co to jest „męskość”. Socjolodzy i psycholodzy dużo ostatnio o tym mówią, ale za bardzo nie rozumiemy tego pojęcia. Ruchy feministyczne, dążąc do zrównania płci, doprowadziły do tego, że zanikają granice pomiędzy męskością a kobiecością. I powoli zacierane są nawet granice fizjologiczne, gdyż coraz bardziej traktowane są jako nieistniejące. Louann Brizendine napisała książki pt. „Mózg mężczyzny” i „Mózg kobiety”. „Mózg kobiety” wydała wcześniej i feministki odsądziły ją od czci i wiary, ponieważ autorka twierdzi, że kobiety mają inaczej skonstruowany mózg. Przez środowiska feministyczne teoria ta została odebrana jako napaść na kobiecość. Książkę uznano za szowinistyczną męską propagandę, chociaż napisała ją kobieta. Najprościej „męskość” można zdefiniować jako przeciwieństwo „kobiecości”. Czyli jeżeli kobiecości przypisujemy wrażliwość, to męskości niewrażliwość. Ale też nie brak wrażliwości w ogóle, lecz wrażliwość mniejszą. Jeżeli kobiecości przypisujemy pewną opiekuńczość, która może stać się podłożem nadopiekuńczości albo nadkontroli, to męskości większe granice. Jeśli kobiecości przypisujemy akceptację i traktowanie dziecka z dużą dozą przyjęcia tego, co robi, to męskości stawianie granic, także w znaczeniu „od do tak, ale tu już nie”. Jeżeli kobiecości przypisujemy „domowość”, czyli: opiekuńczość, karmienie, wychowanie, ciepło, dogrzewanie, to męskości „światowość” w takim rozumieniu, że mężczyzna wychodzi i wraca, a kobieta jest.

Pracując z rodzicami nad zmianą funkcjonowania systemu rodzinnego – moim zdaniem jest to najbardziej konstruktywna forma pracy – próbuję prowokować zmiany, które spowodowałyby, że kobieta wchodzi w kobiecość, a mężczyzna w męskość. Czyli żeby uzupełniali się i w ten sposób tworzyli dla dziecka ramy, które dadzą mu szansę na samoidentyfikację i określenie, kim jest w rodzinie. I tu pojawiają się różne problemy. Jeżeli mogę posłużyć się przykładem, czym dla mnie jest męskość, powiem tak: jeśli mamy do czynienia z normalnym, zdrowym ojcem, który w środę siedzi w domu i na przykład ogląda mecz, a do pokoju wpada jego półtoraroczna córka lub syn i między tatą a telewizorem robi gruch na podłogę, gdyż jest to ulubiony numer pokazowy dziecka w tym wieku, to co zazwyczaj robi zdrowy ojciec. Gdy pytam o to rodziców, najczęściej matki odpowiadają: „Wstaje i biegnie do dziecka”. Otóż, nie. Normalny, zdrowy ojciec siedzi i dalej ogląda mecz. Nie widzi tego, że dziecko leży na podłodze. Najczęściej nie słyszy również gruchnięcia o podłogę. „Ale, jak to?!” – oburzają się kobiety. Ano, tak. Dziecko patrzy na ojca kątem oka i widzi brak reakcji. Jaką dostaje informację? Nic się nie stało. A kiedy widzi, że nic się nie stało, podnosi się z podłogi, otrzepuje, spogląda na tatę, na telewizor i biegnie dalej. Ta opowieść wzbudza sporo kontrowersji, bo jest niezgodna z obrazem rodzica, pokutującym w naszym społeczeństwie. Jeśli w takiej sytuacji jest matka – ogląda na przykład serial, a dziecko wpada do pokoju, robi gruch między telewizorem a matką, to co najczęściej się dzieje? Matka zrywa się z kanapy i biegnie do dziecka, które dostaje sygnał: „Stało się coś strasznego, bo mama biegnie do mnie. Więc na wszelki wypadek włączę syrenę alarmową”. I zaczyna płakać. Matka dopada dziecko jak szklany wazonik rozbity na podłodze. Skleja, przytula, podnosi. Jest to moment, w którym – z mojej perspektywy zawodowej – matka, nieświadomie, buduje w dziecku pierwszy z trzech mechanizmów uzależnieniowych, czyli system nałogowego regulowania uczuć. Jest to system, który mówi, że kiedy stanie się coś złego, dziecko ma włączyć „alarm”, czyli rozpłakać się, ma przybiec matka i zrobić mu dobrze. Rolą matki, przynajmniej przez pewien czas, jest dbanie o dziecko, o to, żeby nie stała mu się krzywda.

Natomiast ojciec – w miarę niewrażliwy – potrzebny jest po to, żeby w takich sytuacjach pokazać dziecku: „Nic się nie stało, zbieraj się, wstawaj i baw się dalej”. Oczywiście, jeśli dziecku rzeczywiście nie dzieje się krzywda. Ale gdy półtoraroczny albo dwuletni brzdąc przewróci się na podłogę, najczęściej nic mu się nie stanie. Zabezpiecza go przed tym fizyka i biologia – krótkie ramię, gruba podściółka tłuszczowa, miękkie kości. Jeżeli przyjmiemy, że męskość to rodzaj dystansu, umiejętność utrzymania dystansu do sytuacji, niepoddawanie się pewnym emocjom, szczególnie panicznym, to tak zdefiniowanych mężczyzn jest coraz mniej. Dlaczego? Ponieważ coraz więcej mężczyzn wchodzi w emocje skrajne i „nadaje” pseudokobiecym przekazem. Dzieje się tak z różnych powodów. Drugim elementem męskości jest krótki komunikat. Kobiety mają to do siebie, że ich struny głosowe są o 1/3 krótsze. Na jednym wydechu są w stanie o 1/3 więcej wypowiedzieć. Wobec tego jesteśmy bez szans, jeśli chodzi o dyskusję z kobietą. Dzieci też. W związku z tym ojciec ma takie standardowe prawo, żeby mówić krótko, ale konkretnie. Mówi monosylabami albo równoważnikami zdań. I jest to druga męska cecha związana z pewnym rodzajem niewrażliwości, jeżeli tak możemy to nazwać.

Męskość to – mówiąc najprościej – uzupełniające przeciwieństwo kobiecości.

AJK: Może innej wrażliwości?

JK: No właśnie, wrażliwy inaczej. Chociaż jest to stwierdzenie, które prowokuje, gdyż żyjemy w świecie uwrażliwionym i ciągle się uwrażliwiamy. Powoduje to, że przeżywamy wszystko, jakby działa się tragedia. Kiedyś rozmawiałem z pewnym mężczyzną, który powiedział: „W ciągu ostatnich czterech lat zmarło nam dwoje dzieci. I to doświadczenie sprawiło, że bardzo wiele zmieniło się w naszym związku i w naszym postrzeganiu życia. Musieliśmy bardzo głęboko uniewrażliwić się, żeby przeżyć”. Uwrażliwiając się, tworzymy pewną iluzję, a w pewnym sensie uniewrażliwiając się, przygotowujemy się tak naprawdę na konfrontację z rzeczywistością, która czasem jest dość brutalna. Ale wracając do głównego wątku, powiedzieliśmy, że jest męski dystans do uczuć, do emocji, jest pewien sposób komunikacji – krótki, konkretny, i jest sposób wyciągania konsekwencji: tak to tak, nie to nie. Są to trzy główne męskie aspekty funkcjonowania, które są bardzo trudne do uzyskania. Po to, żeby je realizować, trzeba mieć bardzo duże zaufanie do siebie. I tu jest cały problem, ponieważ mało mężczyzn ma zaufanie do siebie i wierzy, że to, co robią, co myślą, jak robią i jak myślą, jest w porządku. Dlatego że najczęściej jesteśmy wychowywani przez kobiety.

Główne aspekty męskości to: dystans do uczuć, krótki i konkretny sposób komunikowania oraz wyciąganie konsekwencji.

AJK: Czy kobiety mówią, że jest to nie w porządku?

JK: Mówią, że powinniśmy robić tak, jak one. I tu jest paradoks chłopca, który wychowywany jest tylko przez matkę. Nie mając ojca, ma problem z identyfikowaniem się z rolą męską w świecie. I ma dwie możliwości. Albo znajdzie sobie kogoś, kto będzie dla niego przykładem i wzorem. I wtedy może wybrać kolegę z grupy podwórkowej – takiej, co trzyma nielegalną władzę w swoich rękach. Najczęściej są to chodnikowo-przystankowi rozrabiacy, którzy chodzą w kapturze na głowie, trzymają w ręku piwo, przeklinają co drugie słowo, plują na chodnik, bo uważają, że mają siłę. A dla dorastającego chłopaka, niemającego innego wzoru, to jest męskość i w związku z tym, lgnąc w stronę męskości, chce mieć siłę. Albo znajdzie sobie trenera lub nauczyciela i pójdzie w treningi, w fizykę lub w cokolwiek innego, w czym będzie dobry wybrany mężczyzna. Bądź druga droga: jeżeli chłopak nikogo takiego nie znajdzie, to żeby poczuć się mężczyzną, będzie musiał zanegować kobiecość, bo jeśli będzie taki sam jak matka, nie będzie mężczyzną. W związku z tym zaneguje w sobie całą opiekuńczość i troskliwość, a dokona tego poprzez inwersję – dokładną odwrotność. I wtedy zrobi z siebie takiego „emocjonalnego nosorożca”. Czyli przesunie się w zupełnie drugą stronę i również nie będzie miał w sobie równowagi. Ojciec jest największym gratyfikantem w domu. Jednak żeby gratyfikacje działały, sam siebie musi szanować. A z tym jest już problem. W moim odczuciu koncepcja szacunku wobec samego siebie dość mocno się zachwiała. Często gdy do gabinetu przychodzi rodzina, na przykład z dwójką dzieci, ojciec mówi: „Dzieci mnie nie szanują”. Pytam wtedy: „A czy pan sam siebie szanuje?”. Mężczyzna najczęściej jest zdziwiony: „Jak to?”. „No, tak. Jeśli sam pan siebie nie szanuje, dlaczego dzieci mają pana szanować?”. Tak naprawdę szacunku do siebie nie dostaje się za darmo, tylko bierze się go sobie.

Zostało jeszcze 74% artykułu

Subsktypcja Relate© pozwoli Ci przeczytać tekst do końca...

Testuj bezpłatnie Czytelnię Relate©

Przetestuj bezpłatnie subskrypcję i korzystaj z dostępu do Platformy Relate© z drugą połówką.

Testuj Czytelnię Relate©
  • Wystarczy, że jedna osoba z pary posiada subskrypcję.
  • Możesz zrezygnować w dowolnym momencie.
  • Masz już subskrypcję? Zaloguj się

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *